Jeszcze pod koniec września były to przede wszystkim blokady wejść do liceów. Uczniowie domagali się nauczycieli na zastępstwa, mniejszych klas, poprawy warunków w zaniedbanych budynkach i zmian w organizacji nauki. Kilka dni później przed francuskimi szkołami płonęły barykady i samochody, w stronę policjantów leciały butelki i materiały pirotechniczne, a część budynków została podpalona.

Francuskie władze mówią już wprost o zmianie charakteru protestów. Minister edukacji Édouard Geffray stwierdził, że ruch został w części przejęty przez brutalne grupy, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zaczęło opisywać sytuację jako „przemoc miejską”.

Od szkolnych blokad do płonących budynków

Fala protestów rozpoczęła się w regionie paryskim, a następnie rozlała na kolejne miasta. W czwartek 1 października różnego rodzaju protesty lub zakłócenia odnotowano w ponad tysiącu liceów. Według francuskiego resortu edukacji 222 placówki były blokowane. Dzień później ponad 400 szkół pozostawało zamkniętych, a 564 placówki zgłaszały kolejne zakłócenia.

W kilku miejscach protest przestał jednak przypominać klasyczną akcję uczniowską.

W Marsylii podpalono co najmniej dwie szkoły. W jednym z liceów podczas próby wlania benzyny do płonącego kosza paliwo przypadkowo oblało nauczycieli. W Strasburgu podpalono samochód, w Tuluzie dochodziło do starć młodych ludzi z policją, a w Paryżu ogień pojawił się bezpośrednio przy fasadzie jednej ze szkół zawodowych.

Do czwartku francuskie MSW informowało o 1949 zatrzymaniach. Ministerstwo edukacji podawało jednocześnie, że obrażenia odniosło 65 pracowników szkół i 170 uczniów. Dane dotyczą całego okresu protestów, nie jednego dnia.

Wśród poszkodowanych są również funkcjonariusze. Wcześniej, tylko podczas środowych protestów, minister spraw wewnętrznych Laurent Nuñez informował o 83 rannych policjantach i żandarmach.

Co pokazują nagrania

Najbardziej gwałtowne filmy z Paryża, Saint-Denis, Aubervilliers, Marsylii czy Tuluzy są masowo rozpowszechniane w mediach społecznościowych. Widać na nich zamaskowanych młodych ludzi, płonące barykady, rzucanie przedmiotami oraz starcia z funkcjonariuszami. Większość sprawców z wyglądu nie przypomina wprost potomków rodowitych Francuzów. To, co rozpoczęło się jako uzasadnione protesty uczniów, szybko przerodziło się destrukcję i konflikt z prawem, głównie z rąk potomków migrantów o ciemniejszej karnacji.

Protest miał realne przyczyny

Obrazy płonących barykad łatwo przesłaniają fakt, że ruch nie rozpoczął się od przemocy.

Uczniowie wskazywali przede wszystkim na brak nauczycieli i zastępstw, duże klasy, przeciążone plany zajęć, problemy z systemem rekrutacji na studia oraz zły stan części budynków. W protestach uczestniczyli uczniowie bardzo różnych szkół, w tym placówek poza przedmieściami największych miast. Do akcji zaczęli przyłączać się także studenci.

Dlatego utożsamianie całej mobilizacji z późniejszymi aktami wandalizmu byłoby uproszczeniem.

Jednocześnie skala przemocy stała się na tyle duża, że władze zdecydowały o skierowaniu do działań wyspecjalizowanych oddziałów CRS i mobilnej żandarmerii. Część szkół przeszła na naukę zdalną, ponieważ dyrekcje nie były w stanie zagwarantować bezpieczeństwa uczniom i pracownikom.

W protest wkroczyła polityka

Spór o francuskie licea bardzo szybko znalazł się również w samym środku kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku.

Według informacji przekazanych po rządowym posiedzeniu kryzysowym służby wywiadowcze miały wskazywać na udział działaczy radykalnej lewicy, w tym osób związanych z La France Insoumise, w inicjowaniu części mobilizacji. Przedstawiciele LFI odrzucili te zarzuty. Deputowany Louis Boyard zaprzeczał, by jego ugrupowanie stało za wywołaniem zamieszek.

Samo istnienie politycznego zaangażowania nie jest jedynie abstrakcyjnym zarzutem. Podczas piątkowej demonstracji przed Lycée Voltaire w Paryżu fotograf Reutersa udokumentował uczestnika trzymającego flagę La France Insoumise. Taki obraz potwierdza obecność symboliki partyjnej na części protestów, ale nie dowodzi, że LFI organizowała akty przemocy ani że kontroluje cały ruch.

Prezydent Emmanuel Macron również oskarżył część polityków o podsycanie napięcia przed szkołami. Jednocześnie zaznaczył, że ewentualne nieprawidłowości policji powinny być badane. Kilka przypadków użycia siły wobec nieletnich już wywołało we Francji poważne kontrowersje.

To istotne rozróżnienie. Istnieją dowody na polityczną walkę wokół protestów oraz na obecność działaczy i symboli partyjnych. Nie ma natomiast podstaw, aby na obecnym etapie wszystkie podpalenia czy ataki przypisywać jednej partii albo przedstawiać je jako centralnie sterowaną akcję polityczną.

Francuski rząd ma teraz dwa problemy naraz

Pierwszym jest rzeczywisty kryzys w części szkół i niezadowolenie uczniów, którego nie da się wyjaśnić wyłącznie działalnością radykalnych grup.

Drugim jest przemoc, która pojawiła się wokół protestów i zaczęła żyć własnym życiem.

To właśnie połączenie tych dwóch zjawisk sprawia, że sytuacja jest dla władz szczególnie trudna. Zbyt łagodna reakcja grozi dalszymi podpaleniami i wandalizmem. Zbyt agresywne działania policji mogą z kolei zwiększyć mobilizację młodzieży, zwłaszcza po nagraniach pokazujących rannych nastolatków.

Francja weszła więc w etap, w którym spór o przepełnione klasy i nieobecnych nauczycieli przestał być wyłącznie konfliktem o edukację. Stał się jednocześnie problemem bezpieczeństwa i elementem rozpoczynającej się walki politycznej przed wyborami prezydenckimi.

A obrazy płonących szkół, choć najbardziej spektakularne, pokazują tylko jedną część tej historii.