a mokrym placu przemysłowym ciężarówka wyjeżdża z bramy, po chwili zawraca, potem znów rusza. Z perspektywy kierowcy może to wyglądać jak źle zaplanowany kurs. Z perspektywy państwowego systemu — jak legalny transport odpadów. Z perspektywy uczestników procederu — jak towar wart tysiące złotych, mimo że w naczepie nie ma tego, co zapisano w dokumentach.
To właśnie ten mechanizm opisali 11 sierpnia 2026 r. dziennikarze „Superwizjera” TVN. Według ich ustaleń puste ciężarówki przez wiele dni krążyły po Warszawie i okolicach, pozorując przewóz odpadów. Równolegle w Bazie danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami — BDO — miały powstawać zapisy potwierdzające operacje, które w rzeczywistości się nie odbyły.
W tle jest Elemental Holding: globalna grupa recyklingowa, która w swojej historii podaje, że została założona przez Pawła Jarskiego. Według „Superwizjera” grupa miała być zaangażowana w fałszowanie dokumentacji związanej z recyklingiem. Reporterzy podali też, że były menedżer jednej ze spółek grupy usłyszał zarzuty dotyczące udziału w sfałszowaniu ponad czterech tysięcy dokumentów transportowych. Nazwiska podejrzanego ani nazwy konkretnej spółki nie ujawniono.
To rozróżnienie jest kluczowe: publicznie dostępne materiały nie pozwalają przypisać organizowania procederu Pawłowi Jarskiemu, członkom zarządu holdingu ani kierownictwu projektu Polvolt. Nie ma również informacji o prawomocnym wyroku w opisywanym wątku. Są ustalenia dziennikarskie, nieoficjalne informacje o zainteresowaniu Prokuratury Krajowej i CBŚP oraz zarzuty postawione byłemu menedżerowi jednej ze spółek. Odpowiedzialność konkretnych osób musi ustalić prokuratura i sąd.
Jak papier zastępował odpady
Każdy legalny transport odpadów powinien zostawić cyfrowy ślad. Podmiot przekazujący wystawia w BDO Kartę Przekazania Odpadów. Wpisuje rodzaj i masę ładunku, dane przewoźnika, numer rejestracyjny pojazdu oraz miejsce przeznaczenia. Po dostarczeniu odpadów odbiorca potwierdza ich przejęcie, a przewoźnik zakończenie transportu. Oficjalna instrukcja BDO opisuje więc łańcuch trzech potwierdzeń: przekazujący — transportujący — przejmujący.
System działa jednak tylko tak dobrze, jak prawdziwe są dane wprowadzane przez uczestników. Jeżeli współpracujące firmy zatwierdzą tę samą fikcyjną operację, w bazie może pojawić się formalnie kompletny transport. Sam wpis nie dowodzi jeszcze, że na naczepie znajdował się deklarowany ładunek, że podana masa była prawdziwa ani że odpady dotarły do wskazanej instalacji.
Najpierw w systemie planowany jest przewóz określonej masy elektroodpadów. Ciężarówka wykonuje kurs pozorujący transport albo porusza się bez deklarowanego ładunku. Następnie współpracujące podmioty potwierdzają w BDO przekazanie, przewóz i przyjęcie odpadów. Na podstawie zapisanej masy powstaje dokumentacja wykazująca zebranie, przetworzenie lub recykling. Ostatecznie dokumenty trafiają do producentów, importerów albo organizacji odzysku, które muszą rozliczyć ustawowe poziomy zbierania i recyklingu.
Finansowy sens operacji pojawia się na końcu. Firmy wprowadzające na rynek sprzęt elektryczny i elektroniczny mają obowiązek zapewnić zbieranie i recykling odpowiedniej masy zużytych urządzeń. Mogą wykonywać ten obowiązek samodzielnie albo zlecić go wyspecjalizowanej organizacji. Koszt systemu jest wkalkulowany w cenę pralki, telewizora czy telefonu. Ostatecznie płaci więc konsument.
Jeżeli rzeczywiste zebranie tysiąca ton sprzętu jest drogie, logistycznie skomplikowane albo na rynku zwyczajnie brakuje odpowiedniej masy odpadów, pojawia się pokusa, by brakujące tony „wyprodukować” w dokumentach. W branżowym slangu takie papiery nazywa się „kwitami”, a osoby handlujące nimi — „kwiciarzami”. Cytowana przez „Superwizjer” przedsiębiorczyni z branży oceniła, że fałszerstwa mogą obejmować 60–70 proc. rynku elektroniki. To opinia rozmówczyni programu, a nie oficjalny szacunek organów państwa.
To nie jest luka techniczna. To luka zaufania
BDO miało zakończyć epokę papierowych kart, które można było dopisywać i przepisywać bez centralnej kontroli. Cyfryzacja poprawiła widoczność obrotu, ale nie usunęła podstawowej słabości: system rejestruje deklaracje zainteresowanych firm. Nie śledzi automatycznie położenia ciężarówki, nie porównuje zapisu z wagą na bramie instalacji i nie sprawdza samodzielnie, czy ładunek rzeczywiście istniał.
Oficjalne komunikaty prokuratury pokazują, że podobny model nie jest teoretyczny. W innym, niepołączonym publicznie z Elementalem wątku Prokuratura Okręgowa w Łodzi opisała kierowców wykonujących fikcyjne kursy, fałszywe Karty Przekazania Odpadów i odpady, które nigdy nie docierały do podmiotu wskazanego w dokumentach. W tamtym postępowaniu ponad 1200 ton śmieci miało zostać ukrytych w fikcyjnym obrocie. Jeden z oskarżonych miał zaoszczędzić prawie 5,9 mln zł na kosztach legalnej utylizacji. Ten przykład pokazuje sam mechanizm, ale nie stanowi dowodu przeciwko Elementalowi.
Kto stał za procederem
Na obecnym etapie uczciwa odpowiedź brzmi: znamy role, ale nie pełną listę nazwisk.
Według materiału „Superwizjera” bezpośredni mechanizm tworzyli ludzie obsługujący spółki odpadowe, kierowcy wykonujący pozorne kursy oraz osoby zatwierdzające wpisy w państwowym systemie. Zarzuty miał usłyszeć były menedżer jednej ze spółek Elementalu — za udział w fałszowaniu ponad czterech tysięcy dokumentów.
Poziom korporacyjny wymaga dopiero wyjaśnienia. Elemental Holding jest kierowany przez założyciela i prezesa Pawła Jarskiego, lecz w opublikowanych materiałach nie przedstawiono dowodu, że prezes wiedział o procederze lub go polecał. Nie wolno utożsamiać działania pracownika czy menedżera spółki zależnej z automatyczną odpowiedzialnością całego zarządu. Jednocześnie skala grupy i liczba dokumentów uzasadniają pytania o nadzór, kontrolę wewnętrzną oraz to, kto miał dostęp do kont BDO i akceptował operacje.
„Superwizjer” podał, że Elemental od tygodni wiedział o przygotowywanym materiale, ale nie zgodził się na wywiad i nie odpowiedział merytorycznie na przesłane pytania oraz dowody, powołując się na sezon urlopowy. Do chwili przygotowania tego tekstu nie znaleźliśmy publicznego, szczegółowego stanowiska firmy odnoszącego się do zarzutów z reportażu.
Miliard na stole
Sprawa stała się polityczna z powodu projektu Polvolt w Zawierciu. 17 września 2025 r. Ministerstwo Rozwoju i Technologii zawarło z Elemental Battery Metals umowę o dotację celową. Grupa podała jej wartość: 1,038 mld zł. Zakład ma odzyskiwać i rafinować miedź, srebro, złoto, lit, kobalt, nikiel i mangan ze zużytej elektroniki oraz baterii.
Polvolt nie jest projektem przypadkowym. Komisja Europejska uznała go za strategiczny na podstawie Critical Raw Materials Act, a w marcu 2026 r. Elemental Battery Metals podpisał umowę na kolejne 150,692 mln euro z unijnego Funduszu Innowacyjnego. Według spółki łączne granty publiczne mają pokryć około połowy kosztów projektu, którego nakłady w ciągu siedmiu lat oszacowano na około miliard dolarów.
Krajowe wsparcie przyznano w trybie przewidzianym w rozporządzeniu z 29 września 2023 r. Nie był to przetarg ani konkurs w rozumieniu zamówień publicznych. Resort podkreśla, że każdy wniosek podlegał osobnej analizie, dokumentacja Polvoltu przeszła uzgodnienia wewnętrzne, a umowa otrzymała pozytywną opinię Prokuratorii Generalnej.
Problemem jest nie legalność samego trybu, lecz zakres sprawdzenia beneficjenta. Według „Superwizjera” przed podpisaniem umowy resort nie konsultował się z policją, prokuraturą, ABW ani koordynatorem służb specjalnych. Minister Andrzej Domański powiedział później, że w momencie podpisywania umowy nie miał informacji wskazujących na nieprawidłowości i że procedura została przeprowadzona prawidłowo.
Po emisji reportażu zmienił ton. Zapewnił, że do Elemental Battery Metals nie trafiła ani złotówka i że wypłaty zostaną wstrzymane do pełnego wyjaśnienia sprawy. Poprosił koordynatora służb specjalnych Tomasza Siemoniaka o objęcie sprawy szczególnym nadzorem. Zapowiedział także, że jeśli kontrole i analizy prawne dadzą podstawę, umowa zostanie rozwiązana. KAS ma badać sprawę firmy, a resort rozwoju kontrolować realizację projektu.
Najdroższy element systemu to wiarygodność
Historia pustych ciężarówek nie jest tylko opowieścią o kilku sfałszowanych kartach. Pokazuje konflikt dwóch państwowych polityk. Pierwsza nakłada na producentów obowiązek finansowania recyklingu i ufa cyfrowym potwierdzeniom przedsiębiorców. Druga przeznacza miliardy na budowę strategicznego przemysłu odzysku surowców. Jeżeli ten sam sektor potrafi tworzyć odpady na ekranie komputera, państwo ryzykuje dwa razy: najpierw pieniędzmi konsumentów, potem pieniędzmi podatników.
Nie ma dziś podstaw, by przesądzać winę Elemental Holding ani jego władz. Są jednak podstawy, by pytać, dlaczego miliardowa umowa nie uruchomiła wcześniej pełnego sprawdzenia w służbach i organach ścigania. Po reportażu taki nadzór został zarządzony w ciągu kilku godzin. Przed podpisaniem umowy — nie.
Puste ciężarówki są tu tylko najbardziej widocznym symbolem. Prawdziwym ładunkiem były dokumenty. I dopóki państwo będzie kontrolować przede wszystkim ich obieg, a nie rzeczywisty przepływ odpadów, w systemie nadal będzie można zarabiać na czymś, czego nie ma.
Źródła i zastrzeżenia redakcyjne
„Fikcyjny obrót odpadami, miliardowa dotacja”, TVN24, 11 sierpnia 2026 r.
Reakcje ministerstw i wstrzymanie wypłat, TVN24, 11 sierpnia 2026 r.
Wypowiedź Andrzeja Domańskiego po emisji reportażu, TVN24, 11 sierpnia 2026 r.
Umowa MRiT z Elemental Battery Metals, informacja urzędowa.
Zasady obiegu Karty Przekazania Odpadów w BDO.
Akt oskarżenia opisujący mechanizm fikcyjnych kursów, Prokuratura Okręgowa w Łodzi.
Informacja Elemental o wartości i zakresie projektu Polvolt.
Kierownictwo i historia Grupy Elemental.
Materiał opisuje zarzuty i ustalenia dziennikarskie według stanu na 11 sierpnia 2026 r. Osobom i podmiotom, wobec których nie zapadł prawomocny wyrok, przysługuje domniemanie niewinności.







Komentarze